| XX - Niejasność |
| blAga - blog Agnieszki Rezler |
| piątek, 28 października 2011 | Wpisany przez Agnieszka Rezler |
|
Zostańmy przy lampach. To dziwny temat: niby przejrzysty, a jednak problematyczny. Bo fajnie jest pooglądać fajne lampy w wielkim świecie, ale jeszcze fajniej byłoby oglądać je nad własnym stołem czy dywanem. A to już nie takie proste. Wierzę w to, co napisałam o lampach poprzednio, niejako w imieniu narodu islandzkiego. Że mają siłę. I moc. Potrafią „zrobić” wnętrze bezkonkurencyjnie i bez dodatków. Niektóre po włączeniu po prostu czarują. Wymykają im się bokami jakieś wyimki światła - promyki, smugi, wstęgi, i dzieje się magia. Problem zaczyna się wtedy, kiedy przypominam sobie, że lampa ma też funkcję. Powinna rozjaśniać mrok. Świecić po prostu Zasada jest taka, że lampy, które najlepiej wyglądają, najgorzej świecą. Nic dziwnego: iluminowane sztuczki wychodzą fajnie tylko po ciemku. Wcale niełatwo znaleźć coś, co świeci mocno i jest nieobrzydliwe. Spróbujcie! Poza tym cena: jak zracjonalizować wydanie 8000 zł na jakieś koraliki, kawałki drutu czy szklaną kulę? Zapłacić tyle za światło – coś, czego nie da się dotknąć, a często nawet zobaczyć? Co innego stół. Albo ziemniaki. Konkretne, zdecydowane, do czegoś służą. W dodatku jest jeszcze mąż – nawet jeśli też bywa konkretny i zdecydowany, w moim przypadku jest czynnikiem blokującym. Bo upiera się, że wie lepiej, a ja nie mam gustu. Efekt jest taki, że od ośmiu lat debatujemy z przerwami nad oświetleniową koncepcją dla naszego domu. Ponieważ jedno już zrobiliśmy – przez nieuwagę daliśmy sobie rozłożyć niedorozwiniętą instalację, ubogą w punkty świetlne, z gniazdkami ni w pięć ni w dziewięć i „nieunijnymi” włącznikami na wysokości nosa – więc przed kolejnym etapem nie czujemy się dobrze dysponowani. W dużym pokoju wisi już trzecia generacja lamp, a każda z nich dzień po zakupie zaczynała nam przypominać opakowanie zastępcze. Są owocem tymczasowego kompromisu: kiedy ja znajduję wreszcie idealne rozwiązanie i z dumą przedstawiam je mężowi w nadziei, że szybko przedyskutujemy sprawę i złożymy zamówienie, okazuje się, że jego wyobraźnia błądziła w tym czasie w zupełnie odmiennych rejonach. A moje pomysły są do kitu. Rozumiem, że nie każdy facet musi kupić trochę ckliwą ideę filcowych motyli na przepięknych lampkach Delight marki Mixco. Nie upieram się przy nich. To samo z lampami z rodziny Birdies i Lucellino Ingo Maurera – choć mnie odbierają mowę, uczciwie przyznaję, że mogą prowokować krytyczne męskie komentarze.
Świecenie po damsku: Delight w trzech kolorach (brakuje jeszcze bladego różu) i skrzydlata rodzina Birdies Ale już taka Felt Shade Toma Dixona to model bardziej uniwersalny. Poezja i proza w jednym! A już zupełnie nie wiem, do czego można się przyczepić w żyrandolu Dear Ingo, wymyślonym przez Rona Gilada, a sprzedawanym przez Moooi. Czarny pająk to geniusz. Forma i treść. Jest wyrazisty, a jednocześnie półprzezroczysty. Ogromny, a lekki. Ma 16 świecących nóg, którymi – jestem pewna – przy znajomości elektryki na poziomie I klasy technikum da się zarządzać na różne sposoby. Mogą świecić dwie przednie lewe, albo cztery tylne. Albo wszystkie, i wtedy już mamy iluminacyjny wypas. W dodatku na pewno zginają się w kolanach – to lepsze niż Barbie! Owszem, Dear Ingo wymaga odpowiedniego tła. Między pikowanymi pluszami będzie wyglądał idiotycznie, pokłóci się też wściekle z podświetlaną wnęką na egzotyczne pamiątki z wczasów w Turcji – elementem tak lubianym w kraju nad Wisłą. Ale w naszym salonie, odrobinę za bardzo „drewnianym” i „eko”, zasieje cudowne ziarno designerskiego niepokoju. Wprowadzi mocną grafikę, na którą nie ma już miejsca na ścianach. Niestety, Ingo się nie spodobał.
Po lewej przytulne Feld Shades; po prawej Drogi (bardzo!) Ingo w kilku scenografiach Czasem podejrzewam, że tak naprawdę mojego męża lampy obchodzą tyle co zeszłoroczny śnieg, a moje pomysły sabotuje z wrodzonej przekory. Ale nawet jeśli, to co z tego? Sukces jest równie odległy. Aż strach pomyśleć, pod czym można skończyć przez takie zabawy. Eksperci jako receptę na wszystko polecają niezastąpione sufity podwieszane: „… sprawią, że każde pomieszczenie będzie się wydawało przytulniejsze i przyjemniejsze. Wkomponowane dodatkowe oświetlenie halogenowe lub też innego rodzaju lampy dodatkowo nadadzą nastrój i charakter całej konstrukcji.” Też poetycko! Trochę pałacu, trochę łazienki i odrobina garażu. Nic dodać, nic ująć.
Jak Wam się podoba? Wiem, że takie rozwiązania mają wielu zwolenników, ale ja do nich nie należę
Dodaj na:
|
|
Kategoria artykułu:
blAga - blog Agnieszki Rezler
|





. A tu czary sobie, a ciemności sobie. A raczej mnie.












Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.