Jesteś na: Home sekcja Konkurs dziennikarski - moje wnętrze/a Czarna biblioteka w Utrechcie
Czarna biblioteka w Utrechcie
Konkurs dziennikarski - moje wnętrze/a
piątek, 23 września 2011   |  Wpisany przez Praca konkursowa

Ze wstydem muszę przyznać że nie lubię korzystać z bibliotek. Najchętniej ograniczyłbym moje kontakty z nimi do odebrania wypożyczonych książek i szybkiego powrotu do domu. Nie przepadam za siedzeniem w czytelni przy jednym z tych równo ustawionych stolików z lampką. Preferuję pewne poczucie komfortu podczas czytania, a specyficzna atmosfera bibliotek takiego mi nie zapewnia. I nie ma znaczenia czy jest to czy jest to biblioteka Uniwersytetu Łódzkiego powstała w latach 50., czy nowoczesny warszawski BUW (niezależnie od tego, że oba budynki uważam za przykłady bardzo dobrej architektury). Nie lubię i tyle.

Gdy podczas pobytu w Holandii M. zaproponował mi wycieczkę do Utrechtu w celu zwiedzenia kampusu tamtejszego uniwersytetu, byłem pewien, że nie uniknę wizyty w bibliotece. Wprawdzie jej okoliczności miały być zupełnie inne- był koniec wakacji, a ja wraz z M. mieliśmy zamiar jedynie podziwiać architekturę, ale moje nastawienie było cokolwiek sceptyczne. Spodziewałem się interesującego budynku o stosunkowo nieciekawym wnętrzu, bo co intrygującego może być w przestrzeni bibliotecznej? Ze swych przemyśleń nie zwierzyłem się M., który był wyraźnie podekscytowany perspektywą zwiedzenia realizacji Wiela Aretsa.

Dotarliśmy do Utrechtu i bez większego trudu odnaleźliśmy kampus, który zaskoczył nas swą wielkością. W miarę zbliżania się do gmachu biblioteki byłem coraz bardziej pewny, że „miałem rację”. Prosta bryła została oblicowana płytami barwionego na czarno betonu z odciśniętym reliefem wyobrażającym rośliny (bambus?), które urozmaicono przeszkleniami z nadrukowanym identycznym motywem. Szybki rzut oka na elewacje i weszliśmy do wnętrza. Było… inne. Inne niż w typowej bibliotece. Betonowe ściany, sufity, krawędzie stropów – wszystko utrzymane było w jednolitym kolorze czarnym. Jedynie lekko połyskująca posadzka miała barwę złamanej bieli. Monochromatyczna kompozycja rozświetlona została rzędami lamp na suficie rozproszonymi promieniami słońca, które miękko sączyły się przez zadrukowane okna. Dodatkowo niektóre partie ścian zostały ozdobione bambusowym reliefem, identycznym jak ten na elewacjach, co spowodowało, że to co na zewnątrz i to co we wnętrzu stopiło się w jedną, spójną całość. Wrażenie swoistej niesamowitości potęgowała panująca we wnętrzu cisza i pustka. Jedynymi osobami w bibliotece byliśmy my, jakiś zagubiony student który bezgłośnie przemknął w końcu korytarza oraz kobieta w punkcie informacyjnym. Lada recepcyjna, znad której bibliotekarka zlustrowała nas spojrzeniem leniwym i znudzonym, miała jaskrawo czerwony kolor i wyraźnie wyróżniała się wśród czarno-białego wnętrza. Tę samą barwę miały porozstawiane gdzieniegdzie czerwone sześcienne siedziska oraz sofy w aneksach wypoczynkowych. Niestety, poza oczywistymi walorami wizualnymi, meble te nie zachęcały do korzystania z nich przez dłuższy czas, bowiem okazały się zwyczajnie niewygodne.

Organizacja wnętrza początkowo wydawała się nam wyjątkowo skomplikowana. Gdybyśmy szukali konkretnej publikacji z pewnością zaginęlibyśmy na ładnych parę godzin w czarno-białym labiryncie. Jednak w miarę jak przemierzaliśmy kolejne korytarze i aneksy, wchodziliśmy na kolejne kondygnacje, układ przestrzenny biblioteki stawał się coraz bardziej klarowny. Schody i rampy prowadziły do kolejnych działów, gdzie na ogólnodostępnych regałach znajdowały się zbiory. Pomiędzy nimi znajdowały się wspomniane aneksy wypoczynkowe oraz czytelnie i miejsca do pracy wyposażone w proste, białe blaty. Ich barwa, podobnie jak w przypadku posadzki, nie była jedynie wynikiem estetycznych upodobań projektanta. Odbijały światło, zarówno naturalne jak i sztuczne, zapewniając odpowiednią ilość luksów we wnętrzu. Rozwiązanie pozornie oczywiste w budynku o czarnych ścianach i sufitach, ale jednocześnie w swej prostocie genialne.

Światło było tym czynnikiem który stanowił o wyjątkowości biblioteki Wiela Aretsa. Delikatne, rozproszone, o odpowiedniej mocy, a jednocześnie nie męczące nadmierną jaskrawością. Minimalizm kolorystyczny i wszechobecna czerń ograniczyły ilość bodźców wizualnych mogących rozpraszać uwagę czytelników. Niejako siłą rzeczy ich uwaga musiała się skupić na białym blacie i kartach książki. Czyżby więc była to biblioteka, w której udało się uzyskać optymalne warunki do pracy? Wiele wskazuje, że tak. Cisza, równomierne oświetlenie ascetycznie urządzonego wnętrza… Przyznam jednak, że chciałbym zobaczyć jak czytelnia funkcjonuje w styczniu czy czerwcu i czy kolorowy tłum studentów uczących się do egzaminów nie rozbija tej szczególnej atmosfery skupienia. Moje wątpliwości podzielił M., który zastanawiał się ponadto jak spędzenie kilku godzin w otoczeniu przypominającym grobowiec (znów ta wszechobecna czerń!) wpływa na samopoczucie.

Architekt omawiając założenia projektowe stwierdził, że chciał wykreować atmosferę pracy i skupienia, a jednocześnie miejsce gdzie ludzie będą mogli się po prostu spotkać. Pierwszy aspekt udało mu się bez wątpienia zrealizować. A drugi? Wątpię. Istnieją przecież miejsca dużo bardziej sprzyjające spotkaniom towarzyskim niż czarna biblioteka.

 

B_Ciarkowski_fot2

B_Ciarkowski_fot3

B_Ciarkowski_fot1

Błażej Ciarkowski

 

 

Dodaj na:
Kategoria artykułu: Konkurs dziennikarski - moje wnętrze/a
 

Nasze ulubione krzesła

Nasze ulubione lampy

Nasze ulubione sofy

Nasze ulubione dywany